Najlepszy poprawiacz nastroju (no, może wraz z brownies i bitą śmietaną...), idealny na każdą porę roku. Niekoniecznie całkowicie pustokaloryczne (choć moja wersja jest tego bliska..). Ze zdrowiutkimi orzechami, gorzką czekoladą, czyli tym co kocham najbardziej. Idealne do przysłowiowej szklanki mleka, kawy, herbaty i na drugie śniadanie. Ja moje dzisiejsze ćwiczeniowe efekty zniweczyłam aż czterema.. Ale to na potrzeby bloga, tak, tak!
niedziela, 14 października 2012
sobota, 13 października 2012
Autumn..
Jesień nadeszła, co gorsze (dla mnie i mojej szafy, bo pewnie wiele osób się cieszy) zbliża się zima, na co wskazują ostatnio temperatury. Poważnie rozważam wyjęcie z szafy zimowego płaszcza i zakup ciepłych butów (i ładnych oczywiście). W balerinach chyba stopy by mi odpadły, a adidasy mimo tego, że ciepłe i wygodne, nie komponują się dobrze z niczym oprócz dżinsu :)
Ponieważ wszyscy przygotowują się na przyjęcie chłodnych dni, ja też muszę zacząć, co na razie jest możliwe tylko w sporządzeniu spisu, dzięki któremu będzie mi łatwiej pamiętać o wszystkim, co niezbędne, a zastanowić się jeszcze nad tym, co urocze i 'konieczne', a w rzeczywistości nie nadające się zupełnie na tę porę roku.
1. Konieczna i niezbędna, wyszukiwana przeze mnie od dawna, podstawa kobiecej szafy. Sukienka. Mój wymarzony ideał (tak, pojawił się taki w świecie realnym. No, może prawie ideał..) niestety nie był dostępny w sklepie (dlaczego pytam?!) i na razie muszę na niego poczekać. Pomińmy to, że zmarznie mi w niej tyłek, jest śliczna i już.
2. Na prawdę potrzebny, chociaż gdybym mogła, w ogóle nie rozpatrzałabym takiego zakupu. Jednak warunki pogodowe mnie zmusiły. Wcale nie mówię, że jest brzydki, ale wolałabym zamiast kupić coś innego. Władający układami krwionośnymi i uczuciami: kardigan.
3. Koszula chodzi za mną od dawna i coraz częściej odczuwam jej brak w mojej szafie. Koniecznie bladoróżowa. Koniecznie zwiewna. Co z tego, że nie jest ciepła. Ma długie rękawy. Mogę na nią włożyć sweterek, czyż nie?
4. Konieczny przez duże S - komin. Bez niego chyba umrę z zimna. Nie wspominając o wartości wyglądowej (zabrakło mi odpowiedniego słowa). Poza tym, kto nie kocha szalików.
ps. nie mogę się zdecydować, czy wybrać ten róż, czy raczej beż.
5. I jak na razie ostatnie (ale już niedługo...) zakolanówki. Koniecznie kremowe (tylko do czego ja je założę.. ale będę się martwić, jak już je zdobędę, o.)
Ponieważ wszyscy przygotowują się na przyjęcie chłodnych dni, ja też muszę zacząć, co na razie jest możliwe tylko w sporządzeniu spisu, dzięki któremu będzie mi łatwiej pamiętać o wszystkim, co niezbędne, a zastanowić się jeszcze nad tym, co urocze i 'konieczne', a w rzeczywistości nie nadające się zupełnie na tę porę roku.
1. Konieczna i niezbędna, wyszukiwana przeze mnie od dawna, podstawa kobiecej szafy. Sukienka. Mój wymarzony ideał (tak, pojawił się taki w świecie realnym. No, może prawie ideał..) niestety nie był dostępny w sklepie (dlaczego pytam?!) i na razie muszę na niego poczekać. Pomińmy to, że zmarznie mi w niej tyłek, jest śliczna i już.
2. Na prawdę potrzebny, chociaż gdybym mogła, w ogóle nie rozpatrzałabym takiego zakupu. Jednak warunki pogodowe mnie zmusiły. Wcale nie mówię, że jest brzydki, ale wolałabym zamiast kupić coś innego. Władający układami krwionośnymi i uczuciami: kardigan.
3. Koszula chodzi za mną od dawna i coraz częściej odczuwam jej brak w mojej szafie. Koniecznie bladoróżowa. Koniecznie zwiewna. Co z tego, że nie jest ciepła. Ma długie rękawy. Mogę na nią włożyć sweterek, czyż nie?
4. Konieczny przez duże S - komin. Bez niego chyba umrę z zimna. Nie wspominając o wartości wyglądowej (zabrakło mi odpowiedniego słowa). Poza tym, kto nie kocha szalików.
ps. nie mogę się zdecydować, czy wybrać ten róż, czy raczej beż.
5. I jak na razie ostatnie (ale już niedługo...) zakolanówki. Koniecznie kremowe (tylko do czego ja je założę.. ale będę się martwić, jak już je zdobędę, o.)
wtorek, 28 sierpnia 2012
Krótki wywód o Pietruszce!
Przeglądając Internet w poszukiwaniu sposobów zdrowego żywienia, naturalnej pielęgnacji i tym podobnych (modnych ostatnio) dupereli, można się natknąć na różne ciekawe rzeczy. Na przykład taka pietruszka (zielona oczywiście, inaczej Natka).
Mama wciska ją jeszcze małemu człowiekowi, a ten za nic nie weźmie jej do ust. Bo śmierdzi, bo wchodzi w zęby... Szczerze nienawidziłam pietruszki. Co z tego, że to zdrowe, jak czekolada lepsza. Jedzenie zupy z dodatkiem pietruszki w moim wypadku kończyło się zielonym wzorkiem wokół brzegów :3
Ale! Trochę urosłam (w spodniach się, kurczę, nie mieszczę) i chyba odrobinę zmądrzałam. I choć pietruszki nie lubię (fuj, fuj, fuj, fuj) i nadal trudno mi się do niej przekonać, to jednak się staram, bo... Pietruszka wspomaga włosy! No właśnie. A że moja mania sięga zenitu, robię wszystko, by je wspomóc. Niech do cholery rosną! Ile można się męczyć. Drożdże same nie dadzą rady (chociaż i tak są świetne - 2cm miesięcznego przyrostu satysfakcjonują <3), a cudowne opisy natki (zawiera potas, żelazo, magnez, sód, jod, wapń, fosfor, fluor, witaminę C i karoten) kuszą (wbrew pozorom - nawet mnie).
Krążący w całej sieci przepis na koktajl (smoothie, shake, czy jak się to tam zwie) pietruszkowo-jabłkowy zdążyłam już wypróbować. Musiałam dołożyć cukier i cynamon, poza tym nie powalał smakiem (w sumie nie wiem nawet czemu, kocham jabłka, jakby nie było). Na tym jednym koktajlu skończyła się moja przygoda z pietruszką (żeśmy zabalowały...)
aż do dziś :) Jednak mój przepis jest trochę inny, za to o wiele bardziej apetyczny (przynajmniej dla mnie). Tak więc przepis na moją dzisiejszą kolację, czyli:
Pietruszkowy mus
(bomba witaminowa, a kalorii tyle co nic :), przepis na 1 porcję)
- 2 gruszki (może być 1, bardzo bardzo duża, ale lepiej jednak 2)
- pęczek natki pietruszki
- opcjonalnie: woda, sok pomarańczowy bądź inny, cukier, miód, cynamon (gdyby smak pietruszki był nie do zniesienia)
Robię to tak:
Gruszki obieram, przekrawam, usuwam nasionka (nie polecam) i kroję w kawałki dla wygody. Wrzucam do pojemniczka, dodaję listki pietruszki (wiem, fuj, ale im więcej, tym lepiej, nie oszukujmy się). Do tego dolałam około 3 łyżek soku pomarańczowego (prawie pusty karton stał smutno w lodówce :c ) i całość zblendowałam. Trochę to zajęło, ponieważ gruszki były dość twarde, a soku nie było zbyt wiele, ale udało się. W efekcie otrzymałam mus w modnym miętowym kolorze :3 Ja nie musiałam doprawiać, był idealny i taki przyjemnie lekki.
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Najbliższe plany włosowe.
By nie wydawać fortuny (której nie mam zresztą) muszę myśleć. Bo gdybym miała, to już bym ją wydała. Bo każda moja wizyta w Rossmannie (i nie tylko) kończyłaby się nowym szamponem, odżywką, balsamem, olejkiem, kremem i niewiadomo czym jeszcze. Mam świra na tym punkcie, przyznam się bez bicia. Ale to nie jest najgorsze. W końcu kosmetyki zawsze można zużyć. Co innego jeśli kupi się totalny bubel, zupełnie się nie sprawdzający (tylko u nas, bądź u wszystkich). Ponieważ moje włosy są niesamowicie wymagające (czyt. strasznie zniszczone) zanim cokolwiek Im kupię, muszę spędzić godziny przed komputerem, szukając czegoś odpowiedniego, czytając recenzje i porównując. Chwalmy Wizaż, KWC, wszelkie fora i inne blogi :D
Ale, jakby mi było mało, gdy już znajdzie się coś, co mieć muszę to:
1. nie mam pieniążków
2. jest trochę za drogie
Więc pozostaje szukanie czegoś tańszego (znowu?!) lub czekanie na promocję, ewentualnie granie na zwłokę (trudne, ale do zrobienia).
Tak powstała moja lista To muszę mieć!:
Ale, jakby mi było mało, gdy już znajdzie się coś, co mieć muszę to:
1. nie mam pieniążków
2. jest trochę za drogie
Więc pozostaje szukanie czegoś tańszego (znowu?!) lub czekanie na promocję, ewentualnie granie na zwłokę (trudne, ale do zrobienia).
Tak powstała moja lista To muszę mieć!:
- Rossmann, Babydream fur Mama, Wohlfuhl-Bad (Balsam do kąpieli) - do codziennego mycia włosów oczywiście. Obiecałam sobie że kupię go dopiero, gdy będzie na promocji i wykończę szampon babydream (trzeba sobie stawiać granice :D)
- Rossmann, Alterra, Nawilżająca odżywka Granat i Aloes - mój ukochany Nivea Long Repair się kończy, a nic poza nim nie mam, więc wynalazlam tą. Dodatkowo przyczyni się do naturalniejszej pielęgnacji mojego sianka!
- Rossmann, Babydream fur Mama, Olejek do pielęgnacji ciała - jak łatwo można się domyślić - również do włosów :) i może do OCM, chociaż nie zawsze się sprawdza, dlatego jeszcze zastanawiam się nad zakupem.
- i dodatkowo Jantar - ponieważ pozbyłam się połowy moich załopatkowych włosów, robię wszystko by jak najszybciej odrosły. Skończę Radical i będę szukać Jantaru :D
niedziela, 12 sierpnia 2012
Urodziny, czyli... Tort!
Najprostszy i najlepszy, czyli czekolada w dużej ilości, bita śmietana i obowiązkowo maliny.
Devil's Food Cake
moja wersja
Czekoladowy biszkopt:
- 6 jajek
- 3/4 szklanki cukru
- pół szklanki mąki pszennej
- pół szklanki mąki ziemniaczanej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 3 łyżki kakao
- 2 łyżki oleju
Białka ubić na sztywną pianę, dodając pod koniec ubijania cukier, a następnie żółtka. Zmiksować. Dodać olej i dalej miksować. Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia, kakao, wmieszać delikatnie do masy jajecznej.
Ciasto wyłożyć do tortownicy o średnicy 26cm (może być mniejsza - ciasto będzie wyższe) wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia i piec około 20 - 25 minut w temperaturze 170ºC, do tzw. suchego patyczka.
Czekoladowe ganache:
- 150g gorzkiej czekolady
- 120ml śmietanki 30%
Czekoladę posiekać bardzo drobno lub pokruszyć w malakserze. Śmietankę zagotować. Gorącą zalać czekoladę. Odczekać 2 minuty, dokładnie, ale delikatnie, wymieszać. Pozostawić do ostudzenia, co jakiś czas mieszając, żeby zbytnio nie stwardniało (cholera jest uparta i potem nie daje się rozsmarować).
Przełożenie:
- 500ml śmietanki 30%
- 2 opakowania zagęstnika do śmietany
- cukier (do smaku - ja dałam około łyzki)
- opcjonalnie wanilia
Kremówkę ubić z cukrem i zagęstnikiem na sztywno.
Ostudzone ciasto przekroić wzdłuż na dwa blaty. (Ja oba naponczowałam kawą z likierem kokosowym.)
Na pierwszy nałożyć ganache, zostawić na chwilę do zastygnięcia. Następnie wyłożyć połowę ubitej śmietanki. Przykryć drugim blatem, udekorować resztą śmietanki i obłożyć malinami.
Tort zaskakująco szybko został zjedzony, więc uchwyciłam w biegu tylko ten jeden kawałek.
niedziela, 22 lipca 2012
I znów ciasto...
Bo nie mam siły żalić się na stan moich włosów...
Robione na szybko. W końcu nie ma to jak dowiedzieć się o 22, że ciast na chrzciny brakuje i trzeba zrobić jeszcze jedno!
Dobosz? Nie, już jest. Jabłecznik? Też nie. To może coś czekoladowego?
Robione na szybko. W końcu nie ma to jak dowiedzieć się o 22, że ciast na chrzciny brakuje i trzeba zrobić jeszcze jedno!
Dobosz? Nie, już jest. Jabłecznik? Też nie. To może coś czekoladowego?
Ciasto Mleczna Kanapka
przepis zaczerpnięty ze strony mojewypieki, przeze mnie trochę zmodyfikowany
Składniki na kakaowy biszkopt:
- 6 jajek
- 3/4 szklanki cukru
- pół szklanki mąki pszennej
- pół szklanki mąki ziemniaczanej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 3 łyżki kakao
- 2 łyżki oleju
Białka ubić na sztywną pianę, dodając pod koniec ubijania cukier, a następnie żółtka. Zmiksować. Dodać olej i dalej miksować. Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia, kakao, wmieszać delikatnie do masy jajecznej.
Ciasto wyłożyć do formy o wymiarach 25 x 34 cm (wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia) i piec około 20 - 25 minut w temperaturze 170ºC, do tzw. suchego patyczka.
Składniki na masę: (którą zmieniłam wg moich upodobań i ograniczonej ilości mleka w proszku :D )
- pół szklanki mleka
- 1,5 szklanki mleka w proszku ('niebieskiego', pełnego)
- pół szklanki wiórków kokosowych
- 2/3 szklanki cukru (wyszło trochę za słodkie, wystarczyłoby pół szklanki)
- 350 g masła
- 2 łyżki Malibu (lub innego kokosowego likieru)
- opcjonalnie 50g białej czekolady, startej na tarce (rozdrobniłam w blenderze)
Mleko (zwykłe) zagotować z cukrem i wiórkami. Ostudzić. Dodać do niego likier. Masło utrzeć. Powoli dodawać do niego wystudzone mleko, dalej ucierając (warto dodać trochę mleka w proszku przed wlaniem mleka - ja dodałam, bo bałam się, że masa mi się zważy :D). Wsypać przesiane mleko w proszku i ucierać, do gładkości.
Ostudzony biszkopt przekroić wzdłuż, przełożyć masą.
Na koniec rozpuściłam 140g GORZKIEJ czekolady i oblałam nią ciasto.
sobota, 14 lipca 2012
Coś na ochłodę, czyli...
Sernik na zimno
przepis cytuję za Karmelitką zmodyfikowany zgodnie z moimi zachciankami :)
Wyszedł. Choć chyba wszystko sprzysięgło się przeciw mnie. Ciepła żelatyna wymieszana z zimnym serem od razu się ścięła, natomiast galaretka pływała przez 4 godziny, brudząc stół, krzesło i podłogę w kuchni.. Pewnie dlatego, że miał być idealny.. Ale jest!
No.. połowa, bo reszta została zjedzona.
No.. połowa, bo reszta została zjedzona.
1 kg sera z wiaderka
4 łyżki żelatyny
1/2 szklanki zimnej wody
1/2 szklanki śmietany kremówki
4 łyżki cukru pudru (dałam około szklanki zwykłego)
1/2 szklanki śmietany kremówki
4 łyżki cukru pudru (dałam około szklanki zwykłego)
2 galaretki truskawkowe
borówki amerykańskie (ilość według uznania)
biszkopty na spód
Tortownicę o średnicy 26 cm wyłożyłam folią spożywczą. Na spodzie poukładałam
ciasno biszkopty, niektóre docinając, by nie było dziur :D
Żelatynę namoczyłam w 1/2 szklanki zimnej wody, po czym podgrzałam w mikrofalówce (trzeba uważać, by jej nie zagotować - moja na pewno się nie zagotowała, bo zaskakująco szybko stężała :D ).
Kremówkę ubiłam na sztywną pianę z cukrem (no szalenie sztywna nie była, chyba z powodu temperatury panującej w kuchni nie chciała się ubijać...).
Galaretki przyrządziłam według przepisu na opakowaniu (to znaczy zamiast 1l dałam jakieś 800ml, żeby szybciej stężały, ale i mimo tego były oporne) i zostawiłam do
wystygnięcia.
Kiedy żelatyna lekko się ściągnęła, zmiksowałam ją z serkiem, dodałam delikatnie
kremówkę i zamieszałam. Wylałam na przygotowany spód i wstawiłam do lodówki, aż
odrobinę stwardnieje. Zanim stężał do końca (czytaj: od razu), wyłożyłam borówki, dociskając, aby galaretka nie spowodowała ich wypłynięcia. Kiedy galaretka już ostygła, zalałam tak przygotowany
serniczek i odstawiłam na noc do lodówki.
Wyjęłam go z tortownicy, po czym delikatnie odkleiłam folię.
piątek, 29 czerwca 2012
Walka o długość
Moim wakacyjnym postanowieniem jest zrobienie wszystkiego, by włosy jak najwięcej urosły. Mam na to dużo więcej czasu teraz, niż gdy się uczę :)

Radical, łatwy do kupienia w Rossmannie (nigdy nie wiem jak to się pisze), podobno świetna wcierka. Na włosy radzę nie używać, choć niby dedykowany włosom zniszczonym, to alkohol w składzie tylko im zrobi krzywdę :( niemniej skórze głowy na razie nic nie robi, można powiedzieć, że wręcz odżyła! :D
Póki co wcieram codziennie, zobaczymy, jakie będą efekty.
- Wczoraj doszła w końcu próbka MegaKrzemu (po 3 miesiącach...) zobaczymy, czy w ogóle zadziała.
- Swój tryumf świętują też drożdże, tęskniłam za nimi przez ten miesiąc :3 są jedynymi jak na razie, po których były jakiekolwiek efekty.
- CP się nie sprawdziło (może to przez moją nierówną grzywkę, ale długość nie zmieniła się od miesiąca O.o ani o milimetr...)
- przyznam się bez bicia, że pokrzywy nie piłam. To znaczy ugotowałam sobie zupkę tak ze trzy razy, ale to jeszcze wiosny nie czyni :D
- Masaż spowodował tylko i wyłącznie przetłuszczanie skóry, więc go olałam (trudno)
- Jako że Jantar jest wszechnieobecny (zdaniem pani z apteki: "nie ma w hurtowni") a nie lubię pieprzyć się z Allegro, wynalazłam inny sposób na katowanie skóry głowy :)
Radical, łatwy do kupienia w Rossmannie (nigdy nie wiem jak to się pisze), podobno świetna wcierka. Na włosy radzę nie używać, choć niby dedykowany włosom zniszczonym, to alkohol w składzie tylko im zrobi krzywdę :( niemniej skórze głowy na razie nic nie robi, można powiedzieć, że wręcz odżyła! :D
Póki co wcieram codziennie, zobaczymy, jakie będą efekty.
środa, 27 czerwca 2012
Recenzja: Marion, 7 efektów, Kuracja z Olejkiem Arganowym
Tak, tak, moja pierwsza recenzja, jestem taka szczęśliwa.. :3
Kupiona przez przypadek, gdy miałam wielką fazę na odżywkę bez spłukiwania z tej serii. Odżywki jednak nie zastałam, więc wzięłam kurację. Trudno, raz kozie śmierć.. jedwab i tak się kończy..
Od producenta:
Kuracja do włosów bez spłukiwania, intensywnie pielęgnuje, wygładza włosy i ułatwia stylizować fryzurę (plus za znajomość polskiego -.-). Jedwabista konsystencja pozwala na równomierne rozprowadzenie preparatu na włosach, jest natychmiast wchłaniana, nie obciąża i nie zostawia żadnych osadów we włosach.
Formuła zawiera (...) olejek arganowy, pochodzący z upraw ekologicznych bla bla. Pomaga zapewnić włosom 7 efektów:
- przywraca piękny połysk,
- regeneruje włosy od wewnątrz i wygładza,
- ułatwia rozczesywanie i układanie,
- wzmacnia i nawilża,
- nadaje miękkość i elastyczność,
- chroni przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych,
- zapobiega puszeniu się włosów.
No dobra. Ma w składzie ten olejek arganowy. Zgadzam się. Tylko dlaczego, do cholery, dopiero po pięciu silikonach. Nie spodziewajmy się cudownych efektów.
Jednak biorąc pod uwagę, że przed nim używałam jedwabiu z Biosilk (o zgrozo...), moje włosy odetchnęły - nie ma w składzie alkoholu. Działanie podobne do jedwabiu, więc można stosować go jako zamiennik. Dodatkowo wmawiam sobie, że jest lepszy, bo ma olejek! Efekt placebo murowany :D
Co do bardziej namacalnego efektu: na pewno ich nie zregeneruje, proszę się nie łudzić :) nie sklei też końcówek, nic nie ma takiej mocy, nawet serum Pantene...
Włosy faktycznie się nie puszą, są miękkie i elastyczne, może nawet błyszczą (o ile moje sianko jest w ogóle w stanie błyszczeć), łatwiej się układają, są takie gładziutkie i w ogóle *.*
Jednak raczej wcale ich nie wzmacnia i nie nawilża, ale to przecież tylko silikonowe 'serum' (z cudownym arganem, tak, tak, amen). Jest jeszcze bardzo wydajne, tak więc czym prędzej lećmy do sklepu i zróbmy mu ołtarzyk! No i ten cudowny, słodki zapach...
Cena: ok. 8zł za 50ml
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Zmiana tematu...
...Czyli truskawka na truskawce jedzie i truskawką pogania!
Bo kto nie kocha truskawek i czekolady...
Przepis cytuję za moim absolutnym życiowo-Cukierniczym Guru:
Bo kto nie kocha truskawek i czekolady...
Przepis cytuję za moim absolutnym życiowo-Cukierniczym Guru:
CZEKOLADOWA TARTA 'TRUSKAWKOWY LAS'
Składniki na kruchy spód:
- 160 g mąki pszennej
- 30 g kakao
- 60 g cukru pudru
- szczypta soli
- 100 g masła, zimnego
- 1 jajko
Wszystkie składniki na kruchy spód wyrobić (najlepiej w malakserze), zawinąć w folię, schłodzić w lodówce przez 30 minut.
Po wyjęciu ciasta z lodówki rozwałkować je lub wcisnąć w dno formy na tartę z wyjmowanym dnem (o wymiarach 12 x 26 cm), wysmarowanej wcześniej masłem. Wyrównać, ponakłuwać widelcem. Na ciasto wyłożyć papier do pieczenia, a następnie na papier wysypać specjalne kulki ceramiczne, które obciążą ciasto (może to być również fasola lub ryż). Tak przygotowane ciasto wstępnie podpiec w temperaturze 190ºC przez 10 minut. Następnie papier usunąć, piec kolejne 20 - 25 minut.
Wyjąć z piekarnika, wystudzić.
Czekoladowy creme patisserie:
- 300 ml mleka
- 3 żółtka
- 75 g cukru
- 20 g mąki pszennej
- 20 g skrobi ziemniaczanej
- 1 łyżka ekstraktu z wanilii
- 90 g gorzkiej czekolady
Ponadto:
- około 70 dag świeżych odszypułkowanych truskawek, umytych i osuszonych
- W większym garnuszku zagotować mleko. Doprowadzić do wrzenia i zdjąć z palnika.Cukier utrzeć z żółtkami do białości (np. mikserem z końcówką do ubijania białek), wsypać wymieszane mąki i dalej zmiksować, aż do uzyskania gładkiej pasty.Pastę wlać do ugotowanego mleka, wymieszać do rozpuszczenia grudek. Postawić na palnik (średnia moc) i zagotować, cały czas mieszajac drewnianą łyżką. Od momentu zagotowania gotować około 1 min, mieszajac, aż krem zgęstnieje. Zdjąć z palnika i wmieszać ekstrakt z wanilii.Do gorącego kremu dodać połamaną czekoladę i mieszać, aż do jej rozpuszczenia w kremie.Jeszcze ciepły krem przelać na wystudzony spód od tarty, wyrównać. Na ciepły krem wyłożyć osuszone owoce. Udekorować listkami mięty.Ja oczywiście nie dorównuję ideałowi, jednakże ubytek w produkcie przemawia sam za siebie :)
niedziela, 10 czerwca 2012
Plan rzeczy do zrobienia na czerwiec:
- kupić buty (co jest jednym z najtrudniejszych, bo nigdzie nie ma takich, które by mi odpowiadały :D)
- podciąć końcówki (koniecznie, chociaż boję się fryzjerów)
- kupić Wax do jasnych włosów (w aptece na razie go nie ma :( )
- nadal łykać CP
- częściej pić pokrzywę
- ograniczyć prostownicę
- zmienić kolor na jaśniejszy
- jakoś skończyć rok szkolny :3
- znaleźć pracę na wakacje
a to moja największa motywacja, zarówno długość jak i kolor <3
piątek, 8 czerwca 2012
Hair
No dobrze, przyznam się, włosomaniactwo rzuciło mi się na mózg :) W sumie trudno, żeby się komukolwiek nie rzuciło, jeśli ogląda się takie rzeczy:
to daje takiego porządnego kopa, żeby wstać, polecieć do apteki po tabletki, na drugi koniec miasta po odpowiednią maskę i nawet drożdże zaczynają być smaczne :) A potem to już jakoś samo przychodzi i zaczyna się rozmawiać z własnymi włosami "rośnijcie, rośnijcie.."
Osobiście chcę na początek skończyć z prostownicą, co jest niesamowicie trudne.
to daje takiego porządnego kopa, żeby wstać, polecieć do apteki po tabletki, na drugi koniec miasta po odpowiednią maskę i nawet drożdże zaczynają być smaczne :) A potem to już jakoś samo przychodzi i zaczyna się rozmawiać z własnymi włosami "rośnijcie, rośnijcie.."
Osobiście chcę na początek skończyć z prostownicą, co jest niesamowicie trudne.
piątek, 17 lutego 2012
Małe zmiany
Zacznijmy od początku. Wczoraj wynalazłam na blogu Anwen przeterminowaną akcję Włosy rosną jak na drożdżach. W związku z tym, że obsesyjnie zapuszczam je od jakichś dwóch lat, a one nie chcą mnie słuchać i rosnąć, czym prędzej zapoznałam się z zasadami i, nie biorąc udziału w akcji, zaczęłam pić drożdże. Bez przygotowań i rozważań. Od zaraz. Póki co jest to mój drugi dzień z drożdżami. Mam zamiar wytrzymać co najmniej miesiąc. A może nawet i rok :) Dużym plusem jest to, że od zapachu drożdży nie zbiera mi się na wymioty, wręcz go lubię.
Wyniki akcji tutaj jeśli ktoś zastanawia się jaki jest sens. Ja widzę bardzo duży, ale poczekajmy na efekty.
To pierwsza mikrozmiana. Druga jest trochę bardziej drastyczna, przynajmniej dla mnie, związana z wyglądem zewnętrznym.
Ponieważ końcówki miałam bardzo zniszczone, postanowiłam je podciąć. Już. Zaraz. Poszłam do poleconej fryzjerki, obetnie, nie ma sprawy. Całkiem miła była :)
Na końcówkach oczywiście się nie skończyło, doszło cieniowanie. "A co z grzywką?" Zapuszczam, nie chcę jej, to z grzywką, proszę ją zostawić w spokoju.
Niezłomna w kwestii grzywki zaproponowałam przedziałek na środku. Okej, robimy, będzie pani ładnie, świetnie.
Wyniki akcji tutaj jeśli ktoś zastanawia się jaki jest sens. Ja widzę bardzo duży, ale poczekajmy na efekty.
To pierwsza mikrozmiana. Druga jest trochę bardziej drastyczna, przynajmniej dla mnie, związana z wyglądem zewnętrznym.
Ponieważ końcówki miałam bardzo zniszczone, postanowiłam je podciąć. Już. Zaraz. Poszłam do poleconej fryzjerki, obetnie, nie ma sprawy. Całkiem miła była :)
Na końcówkach oczywiście się nie skończyło, doszło cieniowanie. "A co z grzywką?" Zapuszczam, nie chcę jej, to z grzywką, proszę ją zostawić w spokoju.
Niezłomna w kwestii grzywki zaproponowałam przedziałek na środku. Okej, robimy, będzie pani ładnie, świetnie.
Cóż jedyna pociecha w tym, że mam ferie i nie muszę wychodzić z domu, oraz że włosy odrosną. Kiedyś.
czwartek, 16 lutego 2012
epopeja o pączkach - Pączkoida
Tak więc (pan polonista właśnie zleciał z krzesła) nadszedł wyczekiwany już mniej więcej pół roku Tłusty Czwartek. Ludzie, którzy nie kochają tego dnia, są chorzy umysłowo, mieli swoje święto we wtorek :) więc całkowicie ignoruję ich istnienie. Pączki i tym podobne rarytasy sprawiają, że życie na tym świecie ma sens (mimo iż są cholernie kaloryczne, a ja się odchudzam, ale raz w roku można). Zjem ich około 50. Może trochę więcej.
Mam ferie i jest to dla mnie jakby czas refleksji. Wczoraj na przykład znalazłam łóżko, w którym się zakochałam. I nieważne, że będzie zajmowało pół mojego mikroskopijnego pokoju. Sen jest sensem mojego życia, a w łóżku spędzam większość czasu, więc może zajmować i cały pokój. Niestety mamie te argumenty nie wystarczyły. Cóż.. i tak postawię na swoim.
Ponadto podczas wyrabiania ciasta na pączki doszłam do wniosku, że jest kilka rzeczy, którymi chciałabym się interesować, ale nie wychodzi mi praktycznie żadna z nich. Moda się mnie zupełnie nie trzyma, jestem chyba zbyt leniwa czy coś, fryzjerstwo mnie nie lubi, choć ja je kocham, a pieczenie odwraca się plecami. A staram się, naprawdę.
Mam ferie i jest to dla mnie jakby czas refleksji. Wczoraj na przykład znalazłam łóżko, w którym się zakochałam. I nieważne, że będzie zajmowało pół mojego mikroskopijnego pokoju. Sen jest sensem mojego życia, a w łóżku spędzam większość czasu, więc może zajmować i cały pokój. Niestety mamie te argumenty nie wystarczyły. Cóż.. i tak postawię na swoim.
Ponadto podczas wyrabiania ciasta na pączki doszłam do wniosku, że jest kilka rzeczy, którymi chciałabym się interesować, ale nie wychodzi mi praktycznie żadna z nich. Moda się mnie zupełnie nie trzyma, jestem chyba zbyt leniwa czy coś, fryzjerstwo mnie nie lubi, choć ja je kocham, a pieczenie odwraca się plecami. A staram się, naprawdę.
| moja wymarzona sukienka |
| i butki <3 |
wtorek, 10 stycznia 2012
Po przerwie
trwającej jakieś dwa tygodnie wracam do życia. Właściwie, to wróciłam już tydzień temu, gdy odespałam masakrycznego sylwestra. Jednak był 'ciekawy', można rzec bardzo ciekawy.
W dużym skrócie:
- wszyscy urżnęli się jak świnie (dwie osoby ogarniały, bo unikały wódki)
- połowa wymiotowała
- związki się rozpadały
- wszyscy się kochali i w ogóle
- Artek rozwalił dwie szyby
- ja rozwaliłam rękę, sprzątając szybę
- o 6 był gulasz, który stanowił punkt kulminacyjny imprezy!
Podsumowując i nie biorąc pewnych faktów pod uwagę, mogę powiedzieć, że było nawet okej. Aczkolwiek zdjęć widzieć nie chcę.
Klasyfikacja semestralna wygląda tak, że wyrobię się na jakieś 3,5, czyli nie jest ze mną najgorzej.
Biologia jednak mnie przeraża.
W dużym skrócie:
- wszyscy urżnęli się jak świnie (dwie osoby ogarniały, bo unikały wódki)
- połowa wymiotowała
- związki się rozpadały
- wszyscy się kochali i w ogóle
- Artek rozwalił dwie szyby
- ja rozwaliłam rękę, sprzątając szybę
- o 6 był gulasz, który stanowił punkt kulminacyjny imprezy!
Podsumowując i nie biorąc pewnych faktów pod uwagę, mogę powiedzieć, że było nawet okej. Aczkolwiek zdjęć widzieć nie chcę.
Klasyfikacja semestralna wygląda tak, że wyrobię się na jakieś 3,5, czyli nie jest ze mną najgorzej.
Biologia jednak mnie przeraża.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


