piątek, 17 lutego 2012

Małe zmiany

Zacznijmy od początku. Wczoraj wynalazłam na blogu Anwen przeterminowaną akcję Włosy rosną jak na drożdżach. W związku z tym, że obsesyjnie zapuszczam je od jakichś dwóch lat, a one nie chcą mnie słuchać i rosnąć, czym prędzej zapoznałam się z zasadami i, nie biorąc udziału w akcji, zaczęłam pić drożdże. Bez przygotowań i rozważań. Od zaraz. Póki co jest to mój drugi dzień z drożdżami. Mam zamiar wytrzymać co najmniej miesiąc. A może nawet i rok :) Dużym plusem jest to, że od zapachu drożdży nie zbiera mi się na wymioty, wręcz go lubię.
Wyniki akcji tutaj jeśli ktoś zastanawia się jaki jest sens. Ja widzę bardzo duży, ale poczekajmy na efekty.
To pierwsza mikrozmiana. Druga jest trochę bardziej drastyczna, przynajmniej dla mnie, związana z wyglądem zewnętrznym.
Ponieważ końcówki miałam bardzo zniszczone, postanowiłam je podciąć. Już. Zaraz. Poszłam do poleconej fryzjerki, obetnie, nie ma sprawy. Całkiem miła była :)
Na końcówkach oczywiście się nie skończyło, doszło cieniowanie. "A co z grzywką?" Zapuszczam, nie chcę jej, to z grzywką, proszę ją zostawić w spokoju.
Niezłomna w kwestii grzywki zaproponowałam przedziałek na środku. Okej, robimy, będzie pani ładnie, świetnie.
 Marzyłam o czymś takim, osiągnęłam fryzurę co najmniej 60-letniej staruszki.
Cóż jedyna pociecha w tym, że mam ferie i nie muszę wychodzić z domu, oraz że włosy odrosną. Kiedyś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz